Myśli i fotki moje.

26.Dobre Rady.

A pewnie,że dobre.

W piątek ratowałyśmy trzmiela a w sobotę,w nagrodę,przegoniłam moje Żabiątko po niższych partiach moich ulubionych gór.

Za radą szanownego Dunajcowego wybrałyśmy się na Rusinową Polanę a potem,z lekką zadyszką,na Gęsią Szyję.

Dziecko moje do "porannych ptaszków" nie należy,długą chwilę zajęło mi więc przeganianie tototego z łóżka.W końcu,po przepychankach słownych("nie chce mi się - wczoraj  ci się chciało!...daj mi pospać - naśpisz się jeszcze w życiu i po życiu (taka mamina filozofia...;) !...przecież jeszcze wcześnie - jak wcześnie,w pół do szóstej!!") o szóstej wyjechałyśmy z parkingu.Dla mnie przynajmniej o godzinę za późno...Wredna matka,dzieciątku biednemu,studenciakowi umęczonemu,pospać nie da...Łoj,łoj,jakatojaniedobra...Łoj...

Właściwie mogłam jechać sama,ale od dwóch dni umawiałysmy się,że wybieramy się razem.Potem Żaba żałowałaby,że nie wstała,a ja z trasy nie wrócę po nią...

O 7:30 ruszyłyśmy z parkingu,zostawiając za sobą zamkniętą budkę i wiele wolnych miejsc.Pogoda piękna a światło bardzo ostre...Fotki będą takie sobie,pomyślałam,ale co tam,widoki w sercu i w głowie pozostają.

 

 

Czyste,rześkie powietrze.Ile energii to daje...

Na początku trasa jest pod górkę,potem jednak wyrównuje się na bardzo łatwą i przyjemną.Stąd pewnie wiele wycieczek oraz rodzin z wózkami i małymi dziećmi.

 

 

 

 

Po czterdziestu minutach wolnego marszu byłyśmy już na polanie.Poza nami jeszcze kilka osób.Krótki odpoczynek,jakaś kanapka,jednocześnie można chłonąć widoki,a jest na co patrzeć.

 

 

 

W zasadzie nie było po czym odpoczywać,więc kiedy nacieszyłyśmy oczy,ruszyłyśmy dalej.Na Gęsią Szyję.Teraz już było dłużej i mocno pod górkę.W upale i słońcu.

 Tak za plecami.

A tak przed sobą.

 

 Ok. czterdziestu kolejnych minut zajęło nam dotarcie do tych dolomitowych skałek,ale ja zawsze opóźniam marsz.Pstrk tu,pstryk tam :)

Za to widoki ...ja nigdy nie moge się napatrzeć :)

Widać Tatry Bielskie i Wysokie.

 

 

 

 

Wg.Wikipedii skałki mają wysokośc ok.15m.i nazywane są Waksmundzkimi.

Na zdjęciach tego tak nie widać,ale jest stromo.Wystarczy potknęcie i można poszybować z wysokości 1489m...:)

Posiedziałyśmy sobie na tych skałkach długo,spokój,nieliczne egzemplarze mijały nas z jednej lub z drugiej strony.Zdyszane,ale szczęśliwe..."Czy to jest Gęsia Szyja,bo nie ma tabliczki nigdzie...?", "Daleko stąd do Rusinowej Polany?"..."Dzień dobry..:)"...I takie wymiany grzeczności.Nie ukrywam,miło,że na szlakach wciąż jeszcze można usłyszeć "Cześć"od obcych ludzi.I można się do nich zwrócić bez ryzyka,że zostaniesz "zmieszany z błotem".

Po dłuuugim dumaniu Żaba stwierdziła,że impreza "się kroi" (no tak,zapipkał sygnał sms na telefonie),więc mogłybyśmy powoli wracać,żeby tak chociaż na piątą dotrzeć do domu.

Cóż,nastepnym razem wybiorę się sama,żeby zrobić NORMALNĄ trasę.Wrrr...

Marsz w dół był gorszy ,niż pod górkę.Zazwyczaj ja tak mam.Wolę się wspinać,niż złazić...

Szybko dotarłyśmy znowu do polany,jeszcze chwila na widoki i dalej,na parking...

 

A na parkingu niespodzianka.

Karteczka za wycieraczką, a na niej mój nr rejestracyjny wyceniony na 20 PLN za dzień..;))

Czyli jednak parking nie był za darmo...