Myśli i fotki moje.

24.Skutki obżarstwa?Czasami pozytywne..

 

1 maja spędziłam u rodziców,na "inauguracyjnym" grillu.Pogoda bez rewelacji,więc i posiedzenie grillowe nie trwało długo,jednak zdążyłam zjeść o tę jedną kiełbaskę za dużo.Ja w ogóle mało jem,jednak na wsi dostaję jakiegoś szalonego apetytu.A tu jeszcze zapachniały ulubione,białe cienkie kiełbaski,papryka z pieczarkami w ziołach...

 

Skutek był taki,że w nocy nie mogłam spać,a kiedy już mi się to udało,to na krótko,bo o czwartej (godzina duchów?) zbudziłam się i koniec.Nie pomogło przewracanie się z boku na bok.Telepanie poduszką w celu uzyskania lepszej amortyzacji dla głowy,owijanie się kołdrą...Koniec spania.

 

I nagle olśnienie...Czwarta,spać nie mogę,możeby tak ...w góry...?Wolne w końcu mam…

 

Szybkie spojrzenie za okno. 

 

"No co ty,szaro,buro,ciemno,zimno,słońca nie widać,onet i pogodynki zapowiadały deszcze,gdzie się będziesz wybierać,szkoda czasu..."przemówiło do mnie łagodnie łóżko.Cieplutkie jeszcze i w sumie miało troche racji.

 

"Słońca nie widać,bo przecież świtu jeszcze nie było" odparłam ,nie wiem komu,i zadecydowałam.

 

Raz-dwa,szybki prysznic,kawa z mlekiem,wymyć zęby,zrobić makijaż,kilka kanapek,spakowałam colę,wodę,trochę cukierków-mordoklejek,baton,pomidory,trochę sałatki do pudełka,widelczyk,nożyk,ściereczkę(moją stałą kumpelę w wyprawach),krem pod oczy (ostatnio coś szybko wysusza mi się skóra),mentosy (świeży oddech wszędzie),gruby golf,na siebie bluzkę z krótkim rękawem,bluzę z kapturem i polar,trekkingi i specjalne skarpety do ręki (niewygodnie się w tych butach prowadzi samochód),cmoknęłam śpiącą Żabę (jakie to rozczulające,kiedy sobie tak śpi,jak małe dziecko...),chwyciłam aparat i do samochodu.To wszystko zrobiłam w CZTERDZIEŚCI MINUT !!!

 

Odpaliłam i widzę,pasowałoby zatankować,no to jeszcze chwila na stacji benzynowej i w końcu mogłam wyruszyć.Ufffaaa....

 

Ruch na drodze umiarkowany,szybko minęłam "ścianę" zieleni po lewej w drodze na Krościenko (jesienią jest bajecznie kolorowa),potem w prawo i za chwilę już mijałam zaporę czorsztyńską.I tutaj,zamiast spodziewanej panoramy Tatr,zobaczyłam szarość.Wszędzie.Czyżby łóżko i pogodynki miały rację?A co tam,nie raz jechałam w taką pogodę i było świetnie.

 

W okolicy Maniowy wjechałam w ścianę mgły.Dosłownie.I poruszałam się tak prawie do samej Bukowiny.Po drodze,jak zazwyczaj,minęłam sobie zjazd na Dursztyn (jak Żaba jedzie ze mną,to pilotuje i nie muszę nawracać).Miejscami przejaśniało się i słońce ,tak jakoś nieśmiało,ale pokazywało swoje fragmenty...

 

Te kilkadziesiąt kilometrów jazdy we mgle spowolniło mnie trochę,więc w Bukowinie byłam dopiero ok. siódmej.Ulice prawie puste,ale pierwsze egzemplarze z reklamówkami,domyślam się-pełnymi bułek i innych dóbr śniadaniowych,już się plątały,jakieś takie rozmymłane,niewyspane??

 

Jak zywkle przystanek koło platformy widokowej.Ja sama i góry.

 

 

Na Palenicy Białczańskiej pustki.Dwa rzędy samochodów na parkingu to nic,widziałam już to miejsce pełne i długie rzędy aut na poboczu.

 

Jeszcze tylko cztery złote na bilet za wstęp na teren parku i mogłam wreszcie spokojnym,miarowym krokiem ruszyć.Co za luz...! Nikt mnie nie popędzał,mogłam do woli pstrykać,mogłam się zatrzymywać gdzie chciałam.Zero pośpiechu.Oddychaj,chłoń,oglądaj,wczuj się,zapomnij.Problemy?Jakie problemy,phhii…

 

Dosyć szybko dotarłam do Wodogrzmotów.

 

Pogoda się wyklarowała i była w sam raz.Ludzi na szlaku przybywało.

Na Włosienicy szybkie śniadanie i rzut oka dalej.Może być.Nie leje,czyli już jest dobrze:)

Po godz.dziewiątej dotarłam do schroniska.Prawie pustki.Chciałam obejść jezioro dookoła,ale pod szlakiem na Czarny Staw było jeszcze mnóstwo śniegu.Po drodze wiele strumieni,jeden wyjątkowo rwący,więc wróciłam i poszłam z drugiej strony.Wyszło prawie na jedno,tyle,że pochłonęło dwa razy więcej czasu.

 

 

 

Zagapiłam się w te szmaragdowe tonie,więc dosyć późno spostrzegłam ciężkie chmury i mgły,gromadzące się nad Mnichem.Potem zaszło już całe niebo i reszta szczytów.Zrobiło się,chmmm..klimatycznie?:) Grzmot jakiś od czasu do czasu,klika kropli ciężkich na kark…

 

Trzeba było wracać,ale przy schronisku dopadła mnie straszna ulewa.Zaczęłam się obawiać,że nawet moja plastikowa peleryna przemoknie…:)

 

Staliśmy tak,jak śledzie obok siebie ściśnięci,bo ludzi w ciągu tych kilku godzin przybyło,a schronisko było pełne.Dosłownie.Woda spływała po nas strumieniami.Emocje i współne poczucie wielkiej krzywdy...:)

 

Kiedy ulewa zelżyła nastąpił wielki odwrót.Marsz kolorowych pelerynek:)

 

Panie w tenisówkach,balerinkach,które nie przetrwały ulewy,z parasolkami,torebkami (czyżbym widziała Louis Vitton??),minimini sukienkach na ramiączkach (a tu ziąb się zrobił)…Ech,górskie wędrówki potrafią dać popalić nietubylcom..;)

 

Do domu dotarłam wieczorem i byłam baaaardzo szczęśliwa,choć solidnie zmęczona .

 

Dobrze,że dziecię zrobiło kolację…

Aaaa,przy okazji obróbki zdjęć wyszło,że mam totalnie upapraną matrycę.Te kreski i plamki na mgle to nie górskie ptaszki czy jakieś wiekowe piktozaury,tylko "paprochy"...:(